Wczoraj odbyła się oficjalna ceremonia otwarcia Igrzysk Olimpijskich, zapowiadana jako najbardziej niespotykana, najlepsza, największa impreza otwarcia w 120stu letniej historii Igrzysk. Zatrudniono miasteczko ludzi, Danny’ego Boyle’a, tajemniczą osobę do zapalenia znicza, Królową do skoków ze spadochronem i stadninę koni. Wszyscy są zachwyceni. A ja?

Wiem, moje zdanie spośród zdania kilku miliardów ludzi nie jest ważne, ale mam wrażenie, że wyróżniające się. Wszyscy pieją z zachwytu nad wydanymi milionami przez Boyle’a, a ja podchodzę do tego bardzo neutralnie, jeśli nawet nie negatywnie.

Pierwsza część, której zwieńczeniem było podwieszenie kół olimpijskich nad stadionem nie podobała mi się w ogóle, chociaż była napakowana symbolami, odniesieniami do historii, sztuki i kultury. Druga część była już znacząco lepsza, jednak i tak nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak na całym świecie. Widziałem Mike’a Oldfielda, Jamesa Bonda i Królową mówiącą „let the hunger games begin” po skoku ze spadochronu. Jednak chyba najlepszym elementem imprezy był ironiczny i prześmiewczy występ Rowana Atkinsona, kilkusekundowy acz świetny.

Tajemnica na temat tego kto zapali znicz nie zwaliła mnie z nóg w ogóle, a podobno było to pytanie dnia.

Niestety, tę najlepszą imprezę otwarcia oglądało mi się mniej emocjonująco niż mecz w badmintona dzisiaj rano, Polacy wygrali!

« »