Obejrzałem film. Powiedziałbym, że był zły i dziwny, ale boję się bycia pozwanym do sądu jak Tomasz Raczek. Ten film to Iron Lady.

Zasiadając do filmu nie oczekwiwałem spektakularnych efektów, porywającej fabuły, ale w miarę ciekawie przedstawionej prawdziwej historii. I tak, były takie momenty, ale z filmu trwającego półtorej godziny było ich może 30 minut. A reszta? Pozostała część filmu to robienie z Pani Thatcher starszej, niedołężnej, pijącej nadmierne ilości whisky pani, która na dodatek ma halucynajcje – widzi zmarłego kilka lat wcześniej męża. Przez większość filmu bohaterka toczy walkę sama ze sobą. Nie może podjąć decyzji, żeby pozbyć się rzeczy męża. Jego wyimaginowana obecność przy niej nie pomaga. Czasem wraz z nieżyjącym mężem ucina sobie pogawędkę nad zdjęciami czy filmami i wtedy dostajemy ciekawe obrazy z przeszłośći Margaret Thatcher. Niektóre sceny z tych retrospekcji są naprawde niezłe. Szkoda, że jest ich tak niewiele.

Zamiast twardej, nieugiętej Iron Lady w filmie mamy kompletne przeciwieństwo słów Żelażna Dama.

A czy Meryl Streep zasłużyła za tę rolę na Oscara? Gra, jak zwykle, bardzo dobrze. Świetnie naśladuje sposób bycia Thatcher, jej charakterystyczny akcent, ale nie sądzę, że ta rola nadaje się na Oscara. Ale może oceniam to tak przez pryzmat nie tego jak grała Streep, ale tego co musiała grać, bo to naprawdę nie powalało.

Film jest średni, żeby nie powiedzieć kiepski. Szkoda, że z tak dobrej historii powstało takie kino.

« »