Wybrawszy do obejrzenia film „Big love” udaliśmy się do kina Helios. Po zwiastunach, wywiadach i opisach filmu miałem nadzieję na dobre polskie kino. Jednak reżyserski debiut Barbary Białowąs nie jest dobry. Ciężko mówić to polskim filmie, ale ten jest po prostu głupi.

I głupi to nie jest za mocne słowo.

Nie wiem od czego zacząć. Historia opowiadana jest tak nieumiejętnie, że gdyby nie co ciekawsze momenty wokalne można by zasnąć. Pomysł i scenariusz też nie ma większego polotu, a niektóre zwroty akcji przyprawiają o ból głowy. Postaci skonstruowane są tak, że nie potrafię zrozumieć powodów i motywacji ich zachowań.

Od samego początku historia się nie klei. Nie dostajemy zbyt szczegółowej informacji o tym jak główne postacie się poznały, za to dostajemy bezpośrednią relację z ich pierwszego zbliżenia. Później dostajemy wiele innych relacji z następnych kontaktów fizycznych, chociaż uważam, że bez niektórych też by się obyło.

Czasem zachowania bohaterów są tak niezrozumiałe i głupie, że ciekawe jak reżyserka na to wpadła.

Końcowe minuty filmu to huśtawka pytań i idiotycznego wyrazu twarzy. Po co coś takiego robić? Dlaczego? Czemu to ma służyć? Uwolnienie się z miłości przez śmierć? Jakie to ma przesłanie?

Żeby nie było, iż wyłącznie pastwię się nad filmem – strona muzyczna naprawdę nie jest zła. Aktorsko, jakkolwiek głupie sceny musieli grać aktorzy, dwójka głównych bohaterów wybrnęła z tego obronną ręką.

Film miał pokazać rujnującą miłość. I pokazuje. Miłość rujnuje życia tych ludzi, tylko robi to w tak niewyjaśnialny sposób, że historia nie jest w żadnym momencie przekonywująca.

« »