Oglądałem na YouTubie co ciekawsze wydarzenia z Grammy. Wpadłem na występ Paula McCartneya, który śpiewał swój nowy utwór „My Valentine”. Tytuł nieco zbyt popkulturowy, jednak po przesłuchaniu kompozycji miałem tylko jedne spostrzeżenie: „jak Beatlesi”.

Może posądzanie ex Beatlesa o brzmienie typowe dla zespołu „The Beatles” to szaleństwo, ale gdyby ktoś mi powiedział, że ta piosenka ma 40 lat, zapytałbym tylko z jakiej płyty pochodzi.

A tak poważnie, utwór pochodzi z płyty „Kisses on the Bottom”, która ma ukazać się 14 lutego (już jutro!). Powiedziałbym, że sir Paul także chce ukroić sobie kawałek wielkiego, napchanego kasą Walentynkowego tortu, ale ta piosenka nie jest kolejnym komercyjnym hitem.

Trzeci już akapit piszę, a jeszcze nic konkretnego o piosence. Czas to naprawić. McCartney wraz z Dianą Krall i Ericiem Claptonem dostarczyli nam kawał świetnej muzyki. Po pierwszym przesłuchaniu wszystko przypomniało mi o Beatlesach. Oprócz głosu Paula, słowa, rytm piosenki, instrumenty, a szczególnie gitara Claptona – brzmi fantastycznie. To wszystko tworzy klimatyczną opowieść, pod nieco kiczowatym tytułem. Nie będę streszczać tekstu, zachęcę tylko do osobistego jego wysłuchania z ust McCartneya.

Po posłuchaniu przeczytałem wywiad, w którym piosenkarz mówi, że inspirował się swoją pracą z Lennonem. To słychać. Ale to tylko atut tej piosenki.

Czekam z niecierpliwością na płytę, która już za parę godzin. Mam nadzieję, że będzie równie dobra co ten utwór. A do tego czasu może przypomnę sobie wykonania Beatlesów?

« »